PowrótEMPLast one on earth
-52%
Last one on earth - Asphyx CD

Last one on earth AsphyxCD

2 Opinie
Asphyx
69,90 zł

32,90 zł Oszczędzasz 52% / 37,00 zł

Zwykle wysyłamy w ciągu 7-10 dni
Artykuł zostanie wysłany, gdy będzie dostępny.

Informacje

KategoriaCD
Motyw/StylZespoły
GatunekDeath Metal
EdycjaRe-Release
FormatCD
OpakowanieJewelcase
Dostępne od: 29.09.2006
Numer artykułu429942

Asphyx - Last One On Earth



Drugi album Asphyx. "Last One On Earth" to klasyka Death Metalu. Martin Van Drunen i jego załoga dostarczają numery, które są prawdziwymi petardami metalu śmierci. Za rewelacyjną okładkę odpowiada Axel Hermann.

Ocena klientów

  • 2
  • 0
  • 0
  • 0
  • 0
Ø 5 gwiazdek Liczba opinii: 2
10%

Podziel się z nami opinią o "Last one on earth", a w ciągu 24 godzin dostaniesz Voucher 10%.
Napisz opinię

Opinie: od 1 do 2. Wszystkie opinie: 2 Sortuj według: Data | Przydatność

Napisane w dniu:

Liczba opinii: 32

Esencja oldschoolowego death metalu

Last One on Earth, nagrany w 1992 roku, to drugi album w dorobku kapeli i najprawdopodobniej najważniejszy w ich całej karierze. Szaleńczy i niezwykle surowy death metal z doomowym posmakiem i charakterystycznym wokalem Martina van Drunena (który zaraz po nagraniu tegoż długograja został wywalony z zespołu na zbity pysk na rzecz Rona van Pola, co z resztą niekorzystnie wpłynęło na sam zespół), a także niezwykle przemyślanymi tekstami poruszającymi takie tematy jak śmierć, wojna czy potępienie, stał się jedną z ikon undergroundu na długie lata. Muzyka jest ciężka i utrzymana w iście funeralnym nastroju. Ta płyta ma doskonałe, zgniłe, grobowe brzmienie i cmentarne motywy zdobiące wkładkę są jak najbardziej na miejscu. Oczywiście jest to cmentarz ciemny i spowity mgłą, na którym jest wilgotno, duszno i nieprzyjemnie. Gitary są ociężałe, często wręcz powolne, ale za to niemiłosiernie gniotące, jakby przysypywały człowieka grubą warstwą ziemi, dodatkowo bezlitośnie ubijaną przez buldożerowy bas. Czasem następuje przyspieszenie, ale bez przesady, nie należy spodziewać się pędzącej ekwilibrystyki. Tutaj wszystko jest proste i miażdżące. Pozycja klasyczna od dawna!

Czy ta opinia okazała się pomocna?

Wprowadź swój komentarz:

Napisane w dniu:

Liczba opinii: 6

Asphyx-Last One on Earth (1992)

Asphyx jest zespołem, którego chyba nie trzeba przedstawiać nikomu, kto przynajmniej trochę siedzi w muzyce metalowej.Zasłynął on swoim niebanalnym death/doom metalem, który zdobył rzesze fanów na całym świecie. W 1992 roku wydał jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy album w swojej dyskografii-chodzi oczywiście o fenomenalne "Last One on Earth''. Jest to płyta utrzymana w zgniłym, grobowym klimacie, co zresztą może już sugerować sama okładka. Ciężkie, niszczące riffy bezlitośnie miażdżą słuchacza nie okazując mu za grosz litości. Album to niesamowite połączenie apokaliptycznego, doomowego grania z deathmetalowym łojeniem. Oczywiście, zostały między nimi zachowane odpowiednie proporcje; nie ma tu przewagi jednego gatunku nad drugim. Świetny jest tu również wokal van Drunena. Czymś pomiędzy growlem, a skrzekiem, z zajadłością wydobywa z siebie kolejne linijki tekstów dotyczących m.in. destrukcyjnego wpływu człowieka na planetę (Last One on Earth), czy też ogłupiania umysłów przez religię (Food for the Ignorant). Swoją drogą, warto je przeczytać-uważam, że warstwa liryczna stoi na tej płycie na całkiem wysokim poziomie.
Album otwiera ''M.S. Bismarck''. Jest to utwór poświęcony niemieckiemu pancernikowi o tej samej nazwie. Zaczyna się od średniego, wręcz marszowego tempa. Okrutnie mocno przesterowane gitary wgniatają w ziemię nie pozwalając wstać. Przeplatają się tu zarówno nieco wolniejsze, jak i szybsze tempa. Świetny kawałek.
Następne jest "The Krusher''. Najpierw słyszymy ciężki, przytłaczający riff. Z czasem utwór nabiera tempa; od powolnych doomowych rytmów przechodzi do szybkiego deathmetalowego łojenia.
Kolejny numer to "Serenade in Lead''. Podobnie jak na całej płycie, nie znajdziemy tu technicznych, zapierających dech w piersiach zagrywek. Jest to kolejna opatrzona bardzo dobrym riffem deathmetalowa petarda.
Następny utwór jest jednym z najbardziej znanych utworów Asphyx-chodzi oczywiście o tytułowe "Last One on Earth''. Jest to kolejny typowo doommetalowy kawałek. Tak jak pozostałe, tak i ten legitymuje się ciężkim, miażdżącym riffem, jednak oprócz niego można tu też usłyszeć naprawdę ciekawe solo. Ogólnie rzecz biorąc, całe "Last One on Earth'' jest płytą raczej ubogą w solówki. Oprócz tego, na wyróżnienie zasługuje tu również fenomenalny tekst. Są to słowa człowieka, który jako jedyny przetrwał jakąś katastrofę, prawdopodobnie spowodowaną przez innych ludzi i teraz z rozpaczą obserwuje, jak jego planeta umiera. Naprawdę daje to do myślenia.
Kolejny kawałek to "The Incarnation of Lust''. Zwrotki są tu utrzymane w powolnym, grobowym tempie, dla kontrastu refreny są nieco żywsze. Utwór nie wyróżnia się niczym interesującym; jest to po prostu kolejny solidny numer. Tekst, jak można się domyślić po samym tytule, mówi o żądzy.
Następne jest ''Streams of Ancient Wisdom''. Jest to kolejny utwór legitymujący się ciężkimi riffami i wolnym tempem. Dopiero w trzeciej czwartej utworu rytm nieco przyspiesza. Jest to jedyny tekst na płycie, którego nie napisał van Drunen. Trzeba przyznać, że jest to chyba najsłabszy utwór w albumie, głównie ze względu na niezbyt ciekawe riffowanie.
Kawałek nr 7 to "Food for the Ignorant''. Jest to spory kontrast w porównaniu do poprzednika; słyszymy tu szybkie deathmetalowe tempo oraz ciekawe riffy. Warty uwagi jest tu również tekst; jest on poświęcony zgubnemu wpływowi religii na człowieka.
Album zamyka Asphyx ''(Forgotten War)''. Utwór jest utrzymany w średnim tempie, czasami jedynie zmienia się ono na nieco szybsze. Można tu usłyszeć bardzo dobre, interesujące riffy.
"Last One on Earth'' po prostu trzeba przesłuchać. Został tu zachowany odpowiedni balans pomiędzy death i doom metalem, toteż płyta powinna zadowolić fanów obu gatunków. Co prawda czasem to powolne tempo i ciężkie riffy mogą niektórym działać na nerwy, jednak w moim przypadku tak nie było. Bardzo dobre granie, świetnie pracująca perkusja oraz fenomenalny wokal Martina sprawiają, że tego albumu aż chce się słuchać. Nie uświadczymy tu nieziemskich solówek, czy też technicznej, skomplikowanej gry. Jest to granie, można by rzec, prymitywne, lecz nie jest to prymitywność, która odtrąca od tej muzyki, wręcz przeciwnie. Już po usłyszeniu jednego, dwóch kawałków można stwierdzić, że z pewnością będzie to dobry album. Trochę szkoda tylko, że po tej płycie wokalista odszedł z zespołu na aż 15 lat, na szczęście potem powrócił i na "Deathhammer'' oraz "Death...the Brutal Way'' możemy ponownie usłyszeć jego znakomity wokal.

1 z 1 osób uznało, że ta opinia okazała się pomocna.

Wprowadź swój komentarz:

Opinie: od 1 do 2. Wszystkie opinie: 2