Depeche Mode

Depeche Mode to więcej niż zespół. To fenomen. Czy istnieje bowiem jakakolwiek inna grupa, wokół której powstałaby osobna subkultura? Wierni wyznawcy DM tworzą klan, którego spoiwem jest uwielbienie dla muzyki tworzonej przez powstałą w 1980 roku, brytyjską formację.

Dave Gahan, Martin Gore i Andrew Fletcher zapisali piękny rodział w historii muzyki. Udowodnili, że to co lekkie, łatwe i przyjemne, wcale nie musi być bezwartościowe. Utwory takie, jak: "Enjoy The Silence", "Personal Jesus", "I Feel You", "In Your Room" czy "It's No Good" to najlepsze przykłady na to, jak daleki od obficie polanej lukrem, kiczowatej szmiry, może być ambitny pop.

Mimo poważnych interpersonalnych kryzysów i rozrywkowego trybu życia - w latach 90. Gahan był bliski samobójstwa i przedawkowania narkotyków - trójka Anglików przetrwała wszystkie sztormy. Artystyczne porozumienie Gore'a i Gahana - stanowiące podstawę funkcjonowania zespołu - okazało się silniejsze.

"Black Celebration", "Violator", "Songs of Faith and Devotion", "Ultra", "Delta Machine" - na przestrzeni lat zmieniał się posmak elektronicznych brzmień serwowanych przez zespół. Nie zmieniło się jedno - prawdziwość zawartych w muzyce emocji.

By zarobić na swoje pierwsze instrumenty Gore pracował w banku, a Fletcher parał sie sprzedażą ubezpieczeń. Poświęcenie opłaciło się. Od lat mogą skupiać się tylko i wyłącznie swojej największej pasji. A miliony fanów, szczelnie wypełniających stadiony i największe areny (w tym oczywiście w Polsce), są wdzięczne losowi za to, że angielska branża finansowa nie wchłonęła młodych muzyków. W takim scenariuszu zapewne nie byłoby mowy o wielotysięcznym tłumie machającym synchronicznie rękami do "Never Let me Down Again".

Czytaj więcej
Strona 1 z 1