"Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here", "Animals", "The Wall". "The Division Bell" - ten kto chce mienić się znawcą rocka, a nie zna tych albumów jest jak miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący. David Gilmour, Roger Waters, Nick Mason i Richard Wright - za sprawą epickich kompozycji i wyjątkowych koncertowych widowisk - zapisali wspaniałą kartę się w historii muzyki.

Początek lat 70. to szybka droga na szczyt, przypieczętowana ponad stumiesięczną obecnością "Dark Side..." w Top 100 Billbardu. Niestety wraz z upływem czasu coraz większego rozmachu nabierał też konflikt między liderami grupy. Waters - który przeżył załamanie nerwowe na scenie i opluł fana - i Gilmour - spychany w cień przez apodyktycznego kompana - coraz bardziej oddalali się od siebie. Ten spór doprowadził do postępującej dezintegracji Pink Floyd i rozpadu zespołu po wydaniu "The Final Cut".

Reaktywacja zespołu bez Watersa w składzie i nieudane próby sądowego zablokowania tego reunion zdawały się ostatecznie pogrzebać nadzieje na powrót Pink Floyd. - Czas lekarz wszystkiemu - pisał już Jan z Czarnolasu, więc i tu upływ czasu zaleczył przynajmniej część ran. Jednorazowy występ na koncercie Live 8 był pretekstem do wielu spekulacji. A gaża oferowana muzykom za zagranie trasy - podobno chodziło o 250 mln dolarów - wydawała się propozycją nie do odrzucenia.

Okazało się jednak, że prędzej świnie zaczną latać niż do takiego wydarzenia dojdzie. Śmierć Richarda Wrighta - którego pamięci poświęcony został pożegnalny album "The Endless River" - chyba ostatecznie ukróciła spekulacje. Pozostaje wspaniała muzyka i szacunek dla wielkiej historii wielkiego zespołu.

Czytaj więcej
Strona z 2